środa, 31 grudnia 2008

Przegląd wydarzeń w grudniu

Śląskie Środowisko Wiernych Tradycji Łacińskiej poinformowało, że począwszy od nowego roku kościelnego w bytomskim kościele pw. Św. Ducha Msze św. trydenckie są odprawiane codziennie.

3 grudnia (środa) zainaugurowana została w Sanoku regularna, comiesięczna celebracja Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Będzie się ona odbywała w każdą pierwszą środę miesiąca w kościele pw. Przemienienia Pańskiego o godzinie 19.00.

W dniach 6-8 grudnia (sobota-poniedziałek) odbyły się w rzeszowskim kościele Św. Krzyża Rekolekcje Adwentowe organizowane przez Duszpasterstwo Tradycji Łacińskiej. Nauki głosił ks. neoprezbiter Tomasz Gałuszka, wikary z parafii św. Barbary w Ropczycach.

7 grudnia (niedziela) o godz. 15.30 w II niedzielę Adwentu ks. Grzegorz Śniadoch IBP odprawił Mszę świętą w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w kościele NMP Wspomożycielki Wiernych w Zalesiu Dolnym (Piaseczno), przy ul. Modrzewiowej 2.

8 grudnia br. w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny Mszę św. prymicyjną w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego odprawił w kościele Św. Krzyża w Rzeszowie ks. neoprezbiter Tomasz Wajdzik, wikary z parafii św. Rocha i św. Marcina w Rzeszowie-Słocinie.

W Święto Niepokalanego Poczęcia NMP (8 grudnia), 4 dziewczynki z rodzin związanych z bytomskim kościołem Św. Ducha i Mszą św. trydencką (Alicja, Dominika, Natalia i Ola), złożyły ślubowanie i przyjęły od kapłana cudowne medaliki, tworząc pierwszą w Polsce tradycyjną wspólnotę Dzieci Maryi. Po raz pierwszy, dziewczynki mogły wziąć udział we Mszy św. dzierżąc w rękach swój feretron z ozdobnymi tasiemkami, oddając w ten sposób należny hołd Panu Bogu i okazując miłość do Pana Jezusa i NMP.

W dniach 12-14 grudnia (piątek-niedziela) odbyły się w Krakowie Rekolekcje Adwentowe. Nauki rekolekcyjne podczas Mszy św. trydenckiej głosił o. Nikodem, karmelita z Wrocławia.

14 grudnia (niedziela) w III niedzielę Adwentu ks. Łukasz Kadziński odprawił Mszę świętą w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w kościele parafialnym w Brwinowie. Następna Msza w zwyczaju "gregoriańskim" zostanie odprawiona w Brwinowie w niedzielę 11 stycznia 2009 r. o godzinie 15:30.

W dniach 14-17 grudnia (niedziela-środa) w Wałbrzychu odbyły się Rekolekcje Adwentowe z Mszą trydencką. Poprowadził je ks. Zbigniew Chromy. Niedzielna Msza św. z nauką rekolekcyjną została odprawiona, jak w każdą II niedzielę miesiąca, w Sanktuarium MB Bolesnej, natomiast od poniedziałku do środy (15-17 grudnia), tradycyjna Msza łacińska była odprawiana w kościele pw. Niepokalanego Poczęcia NMP po Koronce do Bożego Miłosierdzia.

W dniach 18-20 grudnia (czwartek-sobota) w Suche Dni Adwentowe w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP w Lublinie odbyły się Rekolekcje Adwentowe.

28 grudnia (niedziela) o godz. 18 w kościele NMP na Piasku we Wrocławiu uroczystą Mszę św. odprawił ks. Philippe Laguerie - Przełożony Generalny Instytutu Dobrego Pasterza, proboszcz parafii personalnej św. Eligiusza w Bordeaux. Asystowali mu jako diakon ks. Leszek Królikowski IBP oraz jako subdiakon ks. Grzegorz Śniadoch IBP. Po Mszy św. odbyło się spotkanie z księdzem Laguerie w kaplicy zimowej. W poniedziałek 29 grudnia Przełożony Instytutu odwiedził Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze.

Zapowiedzi:

Z racji wizyty ks. Leszka Królikowskiego IBP w Gdańsku i Gdyni, jednorazowo odprawiona zostanie przez tego kapłana Msza w rycie klasycznym. Będzie to miało miejsce w dniu 4 stycznia (niedziela) w kościele pw św. Urszuli Ledóchowskiej w Gdańsku-Chełmie ul. Cieszyńskiego 1 o godzinie 15.15 w kościele dolnym. Kazanie wygłosi ks. Piotr Baranowski wikary tamtejszej parafii. Po Mszy ks. Leszek powie kilka słów na temat działalności Instytutu Dobrego Pasterza w świecie i Polsce.

wtorek, 30 grudnia 2008

ABC Summorum Pontificum w parafii (cz. 1) - Tytułem wstępu

Rozpoczynamy publikację tłumaczenia przemówienia ks. Tima Finigana, redaktora blogu www.the-hermeneutic-of-continuity.blogspot.com, które wygłosił on podczas konferencji w Merton College w Oksfordzie, (28 lipca - 1 sierpnia 2008 r.). Aby ułatwić czytanie, całość podzieliliśmy na pięć części.
Ks. T. Finigan przedstawił ABC wprowadzania Summorum Pontificum w zwyczajnej parafii. Każdy ksiądz, który pragnie wprowadzić tradycyjną Mszę do swojej parafii z pewnością skorzysta z tych doświadczeń. Oryginał artykułu można znaleźć na stronach Latin Mass Society.

Jako że pierwszy rok mej posługi kapłańskiej spędziłem na parafii kończąc naukę, a idąc za głosem swego powołania posługuję w wielu parafiach w południowo-wschodniej części Londynu już od 23 lat, stąd wiem, co czeka księży pragnących wdrożyć przepisy Motu Proprio Summorum Pontificum i wprowadzić na nowo starszą formę rytu rzymskiego „u siebie”. Rzekłbym wręcz „Nolite timere” (czegóż tu się bać?) lecz stoję twardo na ziemi i zdaję sobie sprawę z problemów i trudności, które „rycerze” Kościoła muszą mężnie zwalczać.

Analizując Summorum Pontificum w świetle parafii należy stwierdzić, że parafia, będąc częścią składową diecezji, rządzi się własnymi prawami. To ordynariusz zleca więc poselstwo kanoniczne proboszczowi. Bez względu na poglądy w temacie soborowego nacisku na wyrażenie „pełni sakramentu kapłaństwa” w Sakrze Biskupiej (o której mowa w Konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen Gentium KK 21) bez wątpienia to właśnie kapłan (z mocy prawa) współpracuje z ordynariuszem miejsca a Summorum Pontificum uznaje ten fakt (art.5.1).

W ten sam sposób diecezja podlega wyższym władzom kościelnym. W niektórych miejscach wymiar eklezjastyczny diecezji może być zaniedbany. Wszyscy mieliśmy sposobność przeczytania sprawozdań biskupów, którzy zupełnie zignorowali Summorum Pontificum, usiłując wmówić nam, że nie ma zapotrzebowania na Usus Antiquior. Inni zaś usiłowali zastrzec sobie prawo do wydania (lub nie) zezwolenia na odprawianie Mszy św. wg Usus Antiquior przez danego księdza. Zwykły kapłan winien więc być odpowiednim kandydatem do odprawiania Mszy św. w klasycznym rycie (Summorum Pontificum art.5.4) i umieć poprawnie wymawiać słowa po łacinie oraz odprawiać ceremonie w sposób kompetentny.

Coż, jedno co Summorum Pontificum potwierdza jednoznacznie to fakt, że kapłan nie potrzebuje już zezwolenia na sprawowanie starej Mszy św. od swego ordynariusza. Ojciec Święty wyraził się jasno w tej kwestii w Motu Proprio, orzekając że ta forma rytu rzymskiego nigdy nie została zakazana (Summorum Pontificum art.1).

Odprawianie Mszy św. i szkolenie, które ma obecnie miejsce tu w Merton College jest możliwe do opanowania przez każdego kapłana. Niektórzy księża mogą potrzebować nieco więcej ćwiczenia i praktyki, niektórzy zaś mniej. Nie trzeba się zrażać ani obawiać „pięknych rytuałów” które będą sprawowane podczas konferencji. Nie zostały one stworzone dla celów „kreatywnej” liturgii: W każdym miejscu na ziemi Msza uroczysta z asystą diakona i subdiakona będzie wyglądała dokładnie tak samo jak ta sprawowana tutaj. Do nauki rytuałów trzeba czasu, ale z chwilą opanowania rytu nie pozostaje nic szczególnego do nauczenia. To czego naprawdę potrzeba to zanurzenie się w bogactwie rytu rzymskiego i dar świętości od Pana, który przekazuje go nam za pośrednictwem świętych ceremonii. Aby wypełnić obietnicę posłuszeństwa i poszanowania władzy ordynariusza, idąc za głosem św. Tomasza (św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologica, 2a 2ae q.104 art.5), ksiądz musi wywiązać się z danych przezeń obietnic, w zakresie których ordynariusz ma nadeń władzę. Ordynariusz zaś nie ma władzy żądania od księdza wniosku o zezwolenie na sprawowanie Mszy św. w rycie gregoriańskim.

Zobowiązanie do poszanowania władzy ordynariusza przez księdza to okresowy rachunek sumienia. Nie należy przy tym zapominać, że sformułowanie Kan. 273 Kodeksu Prawa Kanonicznego z 1983 r., kładące nacisk na posłuszeństwo wobec Ojca św. stoi na pierwszym miejscu. Winniśmy zatem przyjąć dar uwolnienia Mszy św. w starszej formie rytu rzymskiego dany nam przez Ojca Świętego.

Nasze stosunki z ordynariuszami i diecezją reguluje też obowiązek nabywania i praktykowania cnoty roztropności. Rozważając jedną z dwóch skrajności, sądzę że jest raczej mało prawdopodobne, aby księża dobrowolnie i niepoważnie szukali okazji do scysji. Druga skrajność polegająca na zbytniej płochliwości może być większą pokusą. Ojciec Święty dał na dobry przykład: Motu Proprio było rzecz jasna wysoce kontrowersyjne. Wielu biskupów w Europie sprzeciwiło się woli Papieża, a jednak ów się nie ugiął i poszedł dalej.

To właśnie przykład odważnej roztropności dostrzeżenia potrzeby określonego działania, wyrażenia i podjęcia działań nie zważając na sprzeciw ze strony nieprzychylnych osób.

c.d.n

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Filipińska telewizja publiczna transmituje tradycyjną Mszę św.

W Wigilię 24 grudnia 2008 r. Państwowa telewizja filipińska, National Broadcasting Network 4, przeprowadziła po raz pierwszy w swojej historii bezpośrednią transmisję z uroczystej Mszy św. odprawianej w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Transmisja z liturgii, która została zorganizowana przez Wspólnotę Św. Jerome Emiliani działającą w Diecezji Paranaque, Metro Manila, rozpoczęła się o godz. 11 miejscowego czasu. Poprzedził ją 30 minutowy wstęp skierowany do widzów, w którym wyjaśniono podłoże i znaczenie tradycyjnej liturgii rzymskiej dla Kościoła. Mszę celebrował włoski kapłan Grato Germanetto.

National Broadcasting Network 4 jest państwową stacją telewizyjną, którą można odbierać na terenie całego kraju. Tradycyjni katolicy mieszkający na Filipinach mają nadzieję, że telewizyjna transmisja doprowadzi do tego, iż liczniejsi wierni poznają piękno tradycyjnego rytu rzymskiego. Transmisja Mszy św. trydenckiej zastąpiła coroczną transmisję Mszy wg Mszału Pawła VI, która miała miejsce w tym czasie.

Republika Filipin uzyskała w dniu 4 lipca 1946 r. oficjalną niezależność od USA. Żyje w niej ok. 88 milionów ludzi, z których ok. 89% stanowią chrześcijanie. 81% ludności to rzymscy katolicy. Filipiny to największy chrześcijański kraj w Południowej Azji.

niedziela, 28 grudnia 2008

Przełożony Generalny IDP w Polsce

W dzisiejszą niedzielę o godz. 18 w kościele NMP na Piasku we Wrocławiu uroczystą Mszę św. odprawił ks. Philippe Laguerie - Przełożony Generalny Instytutu Dobrego Pasterza, proboszcz parafii personalnej św. Eligiusza w Bordeaux. Asystowali mu jako diakon ks. Leszek Królikowski IBP oraz jako subdiakon ks. Grzegorz Śniadoch IBP. Po Mszy św. odbyło się spotkanie z księdzem Laguerie w kaplicy zimowej. W poniedziałek 29 grudnia Przełożony Instytutu odwiedzi Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze.

piątek, 26 grudnia 2008

Zwróceni na Wschód

Zamieszczamy fragment refleksji, której autorem jest amerykański kapłan, ks. Rob Johansen, pełniący funkcję proboszcza w parafii św. Józefa w Michigan (diecezja Kalamazoo):

"Kościół u swych początków przywiązywał duże znaczenie kierowaniu się w stronę światła wschodzącego słońca podczas modlitwy. Wczesne kościoły były budowane tak, że zgromadzeni zebrani na modlitwie zwróceniu byli w kierunku wschodnim. Kiedy była celebrowana Msza święta, kapłan wraz z wiernymi stali przodem do ołtarza, naprzeciw Wschodu. Święty Klemens Aleksandryjski (150-216) wyjaśniał:

"Od kiedy świt jest obrazem dnia narodzin, i od momentu, kiedy wskazuje światło świecące wcześniej niż nadeszła ciemność… W nawiązaniu do tego zjawiska modlono się patrząc na wschodzące słońce na wschodzie" (Stromata IV, rozdz. 7).


Z czasem, gdy Kościół się rozwijał, nie było możliwe, aby każda świątynia była budowana z ołtarzem skierowanym na wschód, ku któremu zwracali się wszyscy uczestnicy zgromadzenia. Zwyczaj ten został więc zredukowany do wspólnego zwracania się kapłana wraz z ludem w stronę ołtarza podczas liturgii Eucharystii, stawania w obliczu Gwiazdy Porannej, która przychodzi, by być z nimi, na tym ołtarzu.

Ta postawa kapłana i ludzi stojących przed ołtarzem jest znana jako ad orientem, co po łacinie znaczy "w kierunku Wschodu". Większość katolików, którzy są świadomi tej postawy związana jest przypuszczalnie z nadzwyczajną formą rytu rzymskiego, czyli Mszą, która była sprawowana powszechnie przed reformą liturgiczną z 1970 roku. Istotnie, jedną z największych liturgicznych zmian związanych z Soborem Watykańskim II jest odwrócenie kapłana w kierunku ludzi. Wielu katolików być może sądzi, że ta zmiana została wprowadzona przez ten Sobór, a postawa ad orientem została zniesiona. Jednakże to wrażenie, choć powszechne, jest nieprawdziwe. W rzeczywistości, żaden dokument Soboru Watykańskiego II, ani żadne rubryki nowego rytu rzymskiego nie wymagają od kapłana celebracji twarzą do ludzi ani nie zakazują celebracji Mszy ad orientem".


Bł. kard. Schuster: Liturgia a pobożność prywatna (cz. 3)

Poniżej zamieszczamy trzeci fragment dziewięciotomowego dzieła pt. Liber sacramentorum. Note storiche liturgiche sul messale romano. (Pierwsza i druga część ukazała się wcześniej). Jego autorem jest bł. kard. Alfred Ildefons Schuster OSB (1880–1954), opat benedyktynów przy bazylice św. Pawła za murami w Rzymie, a od 1929 r. arcybiskup Mediolanu, beatyfikowany 12 maja 1996 r. przez Jana Pawła II.
Tekst w tłumaczeniu ks. Jana Korzonkiewicza ukazał się w 1931 r. w piśmie Mysterium Christi.


Dotąd mówiliśmy o zwartej jednolitości liturgii i o wspaniałym cyklu chrystologicznym w roku kościelnym, w którym streszcza się cała nasza kultura chrześcijańska. Ale obok wielkiego cyklu rocznego o 52 tygodniach, tego żywego wykładu katechizmu, jest jeszcze drugi, krótszy cykl, czyli: tydzień. Jest to sześciodniowy obchód mistrzowskiego dzieła Boga-Stworzyciela, które to dzieło liturgia w ciągu tygodnia wiąże z odkupieniem świata przez krew Baranka. Św. Ambroży wiedzę swoją teologiczną oddał na usługi hymnodii chrześcijańskiej i w hymnach nieszpornych opiewał poszczególne dni stworzenia. Pieśni te są tak piękne, że takiemu św. Augustynowi w pierwszych dniach nawrócenia wyciskały łzy z oczu, gdy słyszał lud, śpiewający je w Mediolanie.
Cały rok kościelny tworzy zwarty mocno cykl, w którym przed oczyma naszymi przesuwa się boskie dzieło odkupienia w pełni czasu. Każdy tydzień w tym cyklu poświęcony jest rozpamiętywaniu stworzenia świata. Jest jednak jeszcze jeden ściślejszy cykl, czyli cykl dzienny, w którym siedem razy, czyli w siedmiu horach, to jest godzinach kanonicznych obchodzimy i przypominamy sobie tajemnicę męki i śmierci Chrystusowej. Ten ostatni cykl, będący podstawą tamtych dwóch, stanowi znowu ramy dla Ofiary eucharystycznej, którą ludzkość odkupiona składa codziennie Trójcy Przenajświętszej, jako akt doskonałego uwielbienia i chwały w duchu i prawdzie.
Taki jest w krótkich słowach główny zarys starej modlitwy Kościoła. Dzięki temu, że pojedyncze jej części są ze sobą ściśle powiązane, modlitwa ta stanowi jednolitą całość, a celem jej było wychowywanie prawdziwych chrześcijan, a nie tylko głoszenia w jakiejkolwiek formie chwały Bożej, jak to się dzieje często w czasach dzisiejszych. To gruntowne wykształcenie religijne leżało w zamiarach świętych Ojców Kościoła, i temu wykształceniu służyły też obrzędy liturgiczne. Ozdoba świątyni wewnątrz i zewnątrz miała ten sam cel przed oczyma, i dlatego dawniej sztuka, wymowa, obrzędy, modlitwy i sakramenty tworzyły nie tylko poszczególne części kultu, lecz służyły także do nauczania ludu chrześcijańskiego.
Dzisiaj gdy czytamy w brewiarzu homilie świętych Ojców Kościoła, którzy je wygłaszali do wiernych w kościele, ogarnia nas zdumienie nad wysokim poziomem religijnego wykształcenia tego ludu, który potrafił słuchać takich kazań; dzisiaj są one dość trudne do zrozumienia nawet dla niejednego księdza To obniżenie się poziomu oświaty religijne, nie sięga jednak tak daleko wstecz, jakby niejeden gotów myśleć! Jeszcze bowiem w w. XV i XVI cechy artystów i rękodzielników w Toskanii i Umbrii w swoich statutach, w ozdobach swoich oratoriów, chorągwi i. t. d. wykazują taką znajomość katechizmu i Pisma św., że nas, ludzi XX wieku, aż podziw bierze. Dzisiaj niejeden uważa się za Bóg wie jak dobrego katolika, dlatego, że czytuje „14 niedziel” albo „Iskry eucharystyczne”, a przy tym wszystkim nie umie on nawet wzbudzić aktu żalu. Nasi przodkowie czerpali pobożność z liturgii, którą krzewiły i uprawiały wielkie zakony żebracze, dla których znowu liturgiczna modlitwa chórowa była podporą życia duchownego. Przodkowie nasi rozkoszowali się małym officjum do Matki Boskiej, wigiliami za zmarłych, psalmami pokutnymi i t. d., szli za modlitwą Kościoła i dlatego utrzymywali ścisły kontakt z duchem Kościoła. Dzisiaj niestety duch ten zanika — z pewnością nie z winy Kościoła — tak, że mogło się utworzyć mniemanie, jakoby istniała podwójna pobożność, jedna liturgiczna, dla księży, którzy odprawiają Mszy św., a druga prywatna dla wiernych, którzy modlą się po cichu dla siebie. Skutkiem tego, praktycznie przestała istnieć cudowna jedność między wiarą a modlitwą, katechizmem a sztuką chrześcijańską, wiarą a życiem społecznym. Wielu chrześcijan odprawia tylko mnóstwo aktów religijnych, którym jednak brakuje pełnego siły i mocy związku z resztą wiary i życia. Z pożałowania godnej nieznajomości nauki chrześcijańskiej powstają potem kompromisy i sprzeczności także w życiu tych, którzy się mają za dobrych katolików, w rzeczywistości są jednak pietystami.
Przyczyna zanikania zmysłu dla spraw boskich według mojego zdania leży u wielu w sposobie nauczania religii. Dzisiaj nauka religii jest przedmiotem, jednym z pośród wielu innych, i nie wiele ma do czynienia z sztuką religijną i z liturgią. Przodkowie nasi natomiast wzrastali razem z liturgią; swego katechizmu uczyli się oni od dziecka z ust matki Kościoła, tak, jak się człowiek uczy mowy ojczystej, całkiem bez nauczyciela, bo się po prostu w domu nie słyszy nic innego Jeżeli zaś człowiek — jak św. Augustyn — musi się uczyć greki lub innego języka z książek, to sprawa idzie o wiele trudniej, i nigdy się takiego języka nie opanuje zupełnie, bo to jednak nie jest język ojczysty.
Dlatego też duszpasterze, przede wszystkim Papieże, za dni naszych wyrazili życzenie, żeby wierni znowu zwrócili się do dawnej tradycji, i znowu trzymali się więcej pobożności kościelnej, zwłaszcza przez żywe uczestniczenie w służbie Bożej i w modlitwach Kościoła. Skoro zaś miarodajna władza raz wypowiedziała się, to żadnemu synowi Kościoła nie wolno się wahać i wątpić, czy ma spełniać to życzenie Kościoła, a już zgoła nie wolno mu tego życzenia krytykować. Ruch liturgiczny, który dzisiaj za błogosławieństwem Papieży i biskupów kwitnie w wielu diecezjach Italii i zagranicą, nie chce wcale jednego rodzaju pobożności wygrywać przeciwko drugiemu, albo zgoła ganić naszej pobożności ludowej. Chce on tylko pogłębić istniejącą pobożność i uzgodnić ją z pobożnością Kościoła, to jest z liturgią Kościoła-matki.
Karol Wielki, gdy zauważył, że śpiew kościelny w państwie Franków wszedł na osobliwe tory, tak się miał odezwać do mistrzów swej kapeli pałacowej: „Wróćcie do św. Grzegorza"! Podobnie możemy i my także mówić dzisiaj: Słuchajmy znowu świętych Ojców Kościoła i wiary naszej, i wróćmy znowu do onego sposobu nauczania i wychowania religijnego, dzięki któremu w przeciągu trzech wieków świat pogański przemienił się na chrześcijański, a na ruinach cywilizacji grecko-rzymskiej powstała wspaniała kultura katolicka. Nie rozdrabniajmy życia religijnego — które powinno być jednolite, święte i katolickie — na mnóstwo nabożeństw, lecz ujmijmy je w jeden zwarty system, z którego bije światło doskonałej jedności, wzniosłej świętości i katolickiej miłości.
W pracy nad wychowaniem do pobożności nie przywiązujmy zbyt wiele wagi do niepewnego serca ludzkiego Uczucie jest ślepe i zmienne; więc nie ufajmy mu zanadto. Taką przestrogę dają nam liczne przejawy pobożności ludu, szczególnie w niektórych okolicach Italii. Z powodu niedostatecznej nauki religii odnosi się tam niejednokrotnie wrażenie, jakoby tam już niewiele pozostało z chrześcijaństwa, prócz niektórych form zewnętrznych: procesji i religijnych okrzyków radości. Chciałoby się nawet wierzyć, że miejsce żywej prawdy Ewangelii zajęły tam niektóre obrzędy.
Podnośmy całego człowieka do Boga: zmysły, serce, wyobraźnię i rozum. Przede wszystkim jednak wychowujmy kapitana okrętu, to jest rozum. Władze duszy ludzkiej mają różne cele: przedmiotem zmysłów jest piękno, przedmiotem serca dobro, a celem rozumu jest poznanie prawdy. Każda z tych władz ma właściwy sobie cel, a jednak wszystkie one jednoczą się w jednym człowieku. Jeden Bóg, jeden Kościół, jedna pobożność katolicka, jedna całość z różnymi połączeniami, na kształt skomplikowanego, ale jednolitego organizmu, albo na kształt harmonii, która się składa z mnóstwa dźwięków. Jedna tylko pobożność mieści to wszystko w sobie i jednoczy harmonijnie teologię ze sztuką, architekturą i muzyką, tylko jedna pobożność zamyka w sobie wszystko, co jest rzeczywiście dobre, piękne i prawdziwe, a tą pobożnością tu na ziemi jest liturgia katolicka w najszerszym tego słowa znaczeniu.

czwartek, 25 grudnia 2008

Pasterka papieska w bazylice św. Piotra A. D. 2008

Za portalem New Liturgical Movement prezentujemy kilka zdjęć z Mszy świętej sprawowanej o północy (pasterki) w bazylice watykańskiej przez Papieża Benedykta XVI.

Siedem świec w procesji wejścia...

...oraz na ołtarzu

Benedykt XVI z ferulą bł. Piusa IX

Koncelebrans ma na sobie ornat z
herbem papieskim Pawła VI


Chrystus - Wschodzące Słońce

Celebracja ad orientem

Komunia święta przyjmowana na klęcząco...

...i do ust

"A Słowo stało się Ciałem...

...i zamieszkało między nami"


Introit z uroczystostości Bożego Narodzenia

Prezentujemy dwa nagrania (jedno z komentarzem) introitu z uroczystości Bożego Narodzenia (Msza w dzień) w wykonaniu scholi gregoriańskiej "Mediolanensis". Słowa do niego zostały zaczerpnięte z Iz 9, 5 i Ps 97, 1.

Puer natus est nobis, et filius datus est nobis : cuius imperium super humerum eius: et vocabitur nomen eius magni consilii Angelus (Iz 9, 5). Cantate Domino canticum novum, quia mirabilia fecit (Ps 97, 1).

"Chłopiec nam się narodził i Syn jest nam dany. Na Jego ramionach władza królewska, a Jego imię: Wielkiej Rady Wysłannik. Śpiewajcie Panu pieśń nową, gdyż dokonał cudów".

Tekst wraz z zapisem neumatycznym

Introit ten funkcjonuje jako dowolna antyfona na wejście w zwyczajnej formie rytu rzymskiego, którą tworzy sam werset Iz 9, 5.





Liturgia pomiędzy tradycją a innowacją (cz. 3-ost.)

Publikujemy trzecią i ostatnią część tekstu, którego autorem jest ks. Nicola Bux. Jego treść zamieszczona została na stronach Komisji Pontyfikalnej Ecclesia Dei.

Pierwszy fragment tekstu został zamieszczony na stronach NRL w listopadzie, zaś drugi fragment przed paroma dniami.

LITURGIA POMIĘDZY TRADYCJĄ A INNOWACJĄ
MOTU PROPRIO BENEDYKTA XVI
(cz. 3)

x. Nicola Bux

3. Nieprawidłowe interpretacje aktu papieskiego.


Po opublikowaniu Motu proprio dało się usłyszeć nie mało wadliwych interpretacji tego aktu dokonywanych przez niektóre wybitne postacie kościelne, zakonników i świeckich, będących zwolennikami eksperymentów liturgicznych. Ogólne ich założenie polega na przekonaniu, że do Soboru Kościół stał w miejscu a dopiero po Soborze nastąpił początek wędrówki. Właśnie takim sposobem tradycja bywa przeciwstawiana postępowi. Pytam zatem: czy czasownik tradere nie oznacza przekazywać coś jednej generacji drugiej? A w naszym przypadku chodziłoby o zbiór gestów i tekstów liturgicznych? Dlatego możemy powiedzieć, że tradycja jest w pewnym sensie również postępem!

Posoborowa reforma liturgiczna, gdyby zechciała zaproponować kapłanom, aby ci wybrali wewnątrz tradycji co należy pozostawić a co należy odrzucić, dokonałaby aktu herezji. Wydaje się jednak, że tak się nie dzieje, biorąc pod uwagę liczne licet i possit, które są jak interpunkcja rubryk liturgicznych mszału Pawła VI. Motu proprio Benedykta XVI chce dać dodatkową szansę, a nawet potwierdzić, że stara liturgia, jako w pełni katolicka, nigdy nie została zniesiona. Można stwierdzić, że przywrócony mszał papieża Jana z '62 r. nie może być przeciwstawiany mszałowi Pawła VI, który powstał osiem lat później, ale winien on być traktowany jako bogactwo, które przynależy do regula fidei jako forma nadzwyczajna ale nie wyjątkowa i funkcjonuje obok tej, która jest zwyczajna i normalna. Mamy zatem „dwie formy starego rytu rzymskiego”.

Autorytet Soboru nie powinien być podważany a reforma liturgiczna nie powinna być stawiana w wątpliwość zarówno przez tych, którzy są bardziej przywiązani do starej formy skodyfikowanej w mszale z '62 roku, jak i przez tych, którzy wolą formę z 1970 roku. Jest oczywiste, że to, co jest zwyczajne nie jest równe temu co jest nadzwyczajne, ale byłoby dziwne gdybyśmy żyli tylko z pierwszego i nie potrzebowalibyśmy drugiego dokładnie tak, jak zwyczajny jest dzień w stosunku do nadzwyczajności jakiejś uroczystości. Z tego powodu nie jest prawidłowe twierdzenie, że ta nowa dyspozycja została promulgowana dla „tradycjonalistów”, ponieważ celem Motu proprio jest to, aby wszyscy w Kościele spojrzeli na stary ryt, co więcej, aby kapłani mogli go celebrować a wierni w nim uczestniczyć. Wierny obrządku wschodniego, gdy idzie do cerkwi może, w zależności od okresu liturgicznego, uczestniczyć w rycie Chryzostoma lub Bazylego. Analogicznie, diecezje katolickie nie powinny ograniczać się do oczekiwania na propozycję, ale winne same stworzyć ku temu warunki.

Dlaczego uważa się tych, którzy chcą powrócić do starego rytu za ignorantów nieznających Pisma świętego, liturgii i przede wszystkim za osoby karmiące się jakąś dewocją, sugerując, że wierni uczestniczący w nowym rycie są bardziej wykształceni? Wystarczy poczytać sobie eseje i artykuły liturgistów, aby przekonać się o nieskończonych narzekaniach i niezadowoleniu pod adresem tej części ludu Bożego.

Z drugiej strony, nie tylko niektórzy tradycjonaliści uczynili z liturgii sztandar dla afirmacji fundamentalizmu katolickiego, ale także niemała liczba progresistów, którzy domagają się autonomii na wzór protestantyzmu i członków ruchu no-global (proszę spojrzeć na flagi pokoju umieszczone na kościołach i przed ołtarzami). Instrumentalizacja polityczna i kulturowa mszy i jej zredukowanie do folkloru lub spektaklu, jest dziełem zarówno jednych jak i drugich. Nieprzychylność wobec Soboru – mam na myśli autorytet papieża Pawła VI – miała miejsce głównie w okresie posoborowym przede wszystkim ze strony progresistów. Czyż nie było tak, że niektóre nowe wspólnoty monastyczne uprzywilejowały liturgię , w której czas przeznaczony na czytanie słów Pisma świętego przeważa nad celebracją eucharystyczną, przez co podkreślały raczej wymiar wspólnotowy mszy na niekorzyść tego ofiarniczego? Sobór nigdy nie wyobrażał sobie takiego braku równowagi.

Oczywiście niektórzy zadają sobie pytanie jak to się dzieje, że stary ryt jest poszukiwany przez młodzież – tak jak mówi papież w Motu proprio – pomimo tego, że młodzi ludzie nigdy go nie poznali. Czy można to zredukować do jakiś osobistych preferencji? Abstrahując od przypadków ekstremalnych takich jak; 'msze bitowe' podczas których kapłan tańczy, 'msze rewolucyjne' w Kolumbii podczas których kapłan ze stułą trzyma w jednym ręku karabin maszynowy a w drugim mszał, 'msze karnawałowe' w kaplicach salezjańskich gdzie celebrans zakłada maskę klauna, 'msze piknikowe', itd., czy nie zdarza się uczestniczyć we mszach, podczas których kapłan zastępuje czytania innymi nie biblijnymi, zmienia artykuły wyznania wiary, przekształca modlitwę eucharystyczną? Do czego te zmiany mają się odwołać jeżeli nie do własnej woli? Czy jest to subiektywizm i relatywizm, czy może coś więcej - karykatura i profanacja liturgii?

To wszystko sprowadza się do rozumienia Soboru (jako przełomu epok) przez obydwa stronnictwa w taki sam sposób, to znaczy nieprawidłowo. Mówiąc prościej lefebryści uważają „Kościół posoborowy” jako zdradzony przez Sobór, tymczasem adepci szkoły Bolońskiej twierdzą, że właśnie Sobór zdradził „Kościół posoborowy”. Jeden ze zwolenników tego poglądu określił Motu proprio „jako szyderczy chwyt przeciwko Soborowi Watykańskiemu II” ignorując jednocześnie fakt, że wówczas celebrowano w starym rycie i czyniono tak jeszcze później przez kilka lat. To właśnie jest hermeneutyka nieciągłości lub zerwania według Benedykta XVI. Dziwne jest to, że ci, którzy uczynili z papieża Jana XXIII symbol postępu, sprzeciwiają się mszałowi rzymskiemu wydanemu przez niego i wykorzystywanemu teraz do celebracji w starym rycie. Obydwa mszały pokazują, że abstrahując od dwóch form, osobowość Kościoła pozostaje ta sama. Nie można wybierać sobie Kościoła albo mszy ze względu na takie upodobania. Należy za to dążyć do tego, aby wszyscy czuli się członkami jednego Kościoła katolickiego, uczestnicząc w starym i nowym rycie. Motu proprio nie odwołuje się do takiego subiektywnego kryterium.

Ci, którzy uznają się za proroków kościoła nadchodzącego, nie powinni ganić tradycjonalistów z tego powodu , że uważają się za „zbawicieli kościoła rzymskiego”. Nie! Motu Proprio oczekuje pokory zarówno od jednych jak i drugich. Kościół nie rozpoczął się od Soboru Watykańskiego II, ale od Apostołów i trwał przez wieki, abyśmy otrzymali go w całości, w jedności wiary i miłości wraz ze wszystkimi generacjami chrześcijan. Kościół jako hierarchia i lud jest całością, obrazem niebiańskiego zgromadzenia, tak jak to przedstawia liturgia wschodnia kierując się nauczaniem Dionizego Areopagity: liturgia nieba na ziemi.

Gdyby było prawdą, że stary ryt skupia się bardziej na wymiarze osobistej pobożności i estetyce, należałoby wtedy stwierdzić, że nowy ryt kipi komunitaryzmem, partycypacjonizmem bez pobożności i spektakularnością.

Twierdzi się także, że pierwotna forma rytu nie pozwalała na kult duchowy i z tego powodu trzeba było się z niej wycofać, aby wkroczyć na drogę reformy soborowej, co jest samo w sobie sprzeczne, ponieważ dokonuje się wówczas przeciwstawiania okresu przed- i po-soborowego, w założeniach zanegowanego z góry, jako argument stosowany przez tradycjonalistów. Oskarża się liturgię trydencką również o bycie „dionizyjską” (w sensie Dionizego Bacco lub Dionizego Areopagity). Gdyby rzeczywiście tak było, to czym jest liturgia bizantyjska, biorąc pod uwagę wpływ, który na nią miał właśnie tenże tajemniczy autor VI wieku? Studia porównawcze pokazują, że przedsoborowa liturgia rzymska była znacznie bliższa tej wschodniej aniżeli liturgia w dzisiejszej postaci. Należy pomimo wszystko być ostrożnym w wymyślaniu epitetów, albo w aplikowaniu augustyńskiej teologi liturgi zreformowanej, bo jest to niestosowne w kontekście dokonujących się w niej nadużyć.

Jeśli starożytną liturgię potraktujemy jako 'zakryty fresk', to nowa liturgia stanowiła dla niej realne niebezpieczeństwo z powodu agresywnej techniki wykorzystywanej do jej odrestaurowania. Motu proprio przywraca tymczasem statu quo ante w taki sposób, aby na nowy ryt można było spojrzeć obiektywnie, dokonując z cierpliwością jego odnowy począwszy w pierwszym rzędzie od niego samego.

tłumaczenie: kl. Sergiusz Orzeszko IBP

---

Poprzednie części:

- Liturgia pomiędzy tradycją a innowacją (cz. 1)
- Liturgia pomiędzy tradycją a innowacją (cz. 2)

środa, 24 grudnia 2008

Wersety Psalmów dla introitu i Communio z Mszału bł. Jana XXIII

Portal Sancta Missa umieścił na swoich stronach książkę Versus Psalmorum et Canticorum. Wydana była ona w Belgii i zawierała wersety Psalmów dla introitu i Communio (nie zaś antyfony) z Mszału bł. Jana XXIII, miała 233 strony. Książka ta pierwszy raz znalazła się w druku w 1962 roku i obecnie jest bardzo trudna do zdobycia. Można ją pobrać w wersji elektronicznej (jako plik pdf).

Kwestia związana z pateną

Dlaczego we Mszy uroczystej z asystą od Ofiarowania aż do Pater noster subdiakon trzyma w obu rękach pateną okrytą welonem? Odpowiedź na to pytanie przytaczamy za pismem Mystrium Christi z 1931 r.

Dzisiejsza rubryka mszału odnośnie do powyższej ceremonii brzmi w następujący sposób: (po ofiarowaniu kielicha i postawieniu go na ołtarzu przez celebransa, diakon nakrywa go pałką) „Subdiacono deinde stanti in cornu Epistolae ponit in dextera manu P a t e n a m, quam cooperit extremitate Veli ab eius humero pendentis; qui vadit post Celebrantem ante medium Altaris, et, facta genuf lexione, ibi stat, sustinens eam e l e v a t a m usque" ad finem Orationis Dominicae" (zob. Ritus servandus in celebratione Missae VII, 9), — czyli subdiakon odbiera patenę od diakona po ofiarowaniu kielicha, i nakrytą welonem trzyma w rękach trochę wzniesionych, stojąc za celebransem, na środku przed ołtarzem, i tak stoi trzymając ją aż do końca Pater noster. A przy końcu Pater noster — jak rubryka mszału powiada — „et subdiaconus circa finem Orationis Dominicae, facta itidem genuflexione, revertitur ad Altare, et stans in cornu Epistolae porrigit P a t e n a m diacono" (tamże X, 8) czyli przy końcu Pater noster subdiakon oddaje patenę diakonowi, a ten w odpowiedniej chwili celebransowi, aby nałożyć na nią Hostię św.
We mszach prywatnych (bez asysty) patena leży na ołtarzu pod korporałem po prawej stronie. Tam ją po ofiarowaniu Hostii, kładzie kapłan — et Patenam ad manum dexteram aliquantulum subtus Corporale (deponit) (Ritus serv. VII, 3), a bierze ją stamtąd przy końcu Pater noster (X, 1) [a dokładnie po słowie Amen - przyp. WD].
Jak z tego widać — tak we Mszy z asystą lub bez asysty — patena między ofiarowaniem a końcem Modlitwy Pańskiej — jest zupełnie nie brana w rachubę na ołtarzu, jak gdyby jej nie było albo całkiem była niepotrzebna. Za to przed i w czasie ofiarowania, przed i przy Komunii, jest w użyciu.


Długa jest historia pateny ze stanowiska archeologii i sztuki, ale niewiele krótsza jeżeli chodzi o jej zastosowanie do celów liturgicznych. Dzisiejsze przepisy o patenie trzymanej przez subdiakona tylko na podstawie historii można zrozumieć. Pierwotnie patena miała spoczywać na ołtarzu aż do Komunii św. Od VII-go wieku zaprzestano składać na patenie chleb do konsekracji, zatem była niepotrzebna na ołtarzu; dopiero w chwili łamania chleba przynoszono ją. Ponieważ początkowo była wielka (jak misa zwyczajna), więc przeszkadzała celebransowi na ołtarzu. Dlatego dawano ją okrytą welonem do trzymania akolicie — ministrantowi (zob. Ordo romanus I, PL, 78, 945; Ordo rom. II, tamże 974; Ordo III, tamże, 981. Micrologus, PL, 151, 983, według Hebert'a, Lecons de Liturgie II8, [1924], str. 201). Później tę czynność zlecono subdiakonowi, jako temu, który z urzędu ma opiekę nad świętymi naczyniami. (Por. Ordo romanus XIV, PL, 78, 1164). Obecnie patena tak mała w porównaniu z dawniejszą mogłaby spokojnie leżeć na ołtarzu — jak to jest we Mszy bez asysty — ale przy redagowaniu rubryk postanowiono zatrzymać stary zwyczaj. We Mszy żałobnej opuszcza się tę ceremonię, bo niegdyś zaraz po ofiarowaniu odnoszono patenę do zakrystii, gdyż podczas mszy żałobnych wierni nie komunikowali. To samo było w W. Piątek. Dlaczego dziś, we Mszy zwykłej, bez asysty, kapłan kładzie patenę pod korporał z prawej strony? Pewnie dlatego, bo według dawnej praktyki akolita trzymał ją okrytą welonem (zob. Ferreres, Historia del Misal romano, str. 125, n. 494, uwaga 3).

wtorek, 23 grudnia 2008

Filipiny - Msza pontyfikalna po łacinie i ad orientem w zwyczajnej formie rytu rzymskiego

Portal Rorate Caeli podaje informację, że dnia 13 grudnia (wypada wtedy wspomnienie św. Łucji) bp Aniel Kobayan DD (emerytowany biskup diecezji Catarman) sprawował Mszę świętą po łacinie i ad orientem w zwyczajnej formie rytu rzymskiego. Eucharystia była celebrowana w kościele San Juan Pinaglabanan w San Juan (archidiecezja Manila). Odbyła się ona w ramach zakończenia pierwszego krajowego Konwentu Katolickiej Apologetyki, kiedy to studenci przez 13 kolejnych sobót zgłębiali wiedzę na ten temat. Sam konwent zorganizowała Fundacja Obrony Wiary. Mszę świętą koncelebrował ks. Abraham Arganios, zaś funkcję ceremoniarza pełnił ks. Carlos Estrada z Opus Dei, które użyczyło na tę okazję pięknego Mszału ołtarzowego (wydanie łacińskie z 2002 roku). Uroczystościom blasku dodała niewielka schola, która wykonała części stałe Mszy świętej według Graduału Rzymskiego z 1974 roku. Zebrani Komunię świętą przyjmowali do ust i na kolanach.


Jako, że Msza po łacinie jest bardzo rzadkim zjawiskiem w Filipinach (sprawuje się ją jedynie w oratoriach Opus Dei) wielu uczestników po raz pierwszy mogło wziąć udział w takiej Eucharystii. Sam bp Habayan wyraził wielki entuzjazm i zadowolenie z tego powodu, że mógł celebrować w taki sposób Najświętszą Ofiarę.

Ornat - słodkie jarzmo Chrystusa

Ornat to wierzchnia szata liturgiczna ubierana przez kapłana podczas sprawowania Najświętszej Ofiary. Jest to rodzaj płaszcza (peleryny) w ciągu wieków przybierającego różne kształty. Noszenie tej szaty liturgicznej jest obowiązkowe dla kapłana podczas sprawowania Mszy świętej w formie nadzwyczajnej, zaś w formie zwyczajnej stosowne dokumenty przewidują od tego nieliczne wyjątki. Zasadniczo ornaty były najbardziej i najpiękniej ozdabiane ze wszystkich szat liturgicznych i to do nich zawsze szyto w komplecie stuły, manipularze, a nawet (w pewnym okresie) alby i humerały upiększane tzw. parurami. Odpowiednikiem ornatu na Wschodzie jest felon, którą to szatę stosuje się często również poza sprawowaniem Eucharystii. Natomiast biskup bizantyjski zamiast ornatu (felonu) nosi podobny do dalmatyki sakkos.

Tzw. ornat rzymski (skrzypcowy),
powszechnie stosowany po Soborze Trydenckim


Nazewnictwo

Słowo „ornat” pochodzi od łacińskiego ornare (czyli „ozdabiać”) i ornatus (czyli „ubiór”). W tradycji funkcjonują również inne nazwy: a) penula – pierwotne określenie ornatu oznaczające opończę; b) paenula – szeroki płaszcz (peleryna), całkiem zeszyty, posiadający jeden otwór – na głowę, używany w Grecji i Rzymie (wieki IV – V); c) planeta (późniejsza forma paenuli) – pierwotnie tym terminem określano płaszcz okrywający dzwony, do którego kroju ornat był podobny; termin najczęściej używany w Rzymie; d) casula – tak ornat nazywał już św. Augustyn, określenie to oznacza dom (domek) – pierwotnie ornat okrywał całą sylwetę celebransa niczym dom; określenie używane głównie w Galii i Hiszpanii; e) amphibalus – pierwotne określenie ornatu używane w liturgii starogalijskiej. W krajach europejskich funkcjonuje również określenie chasuble.

Historia

Ornat wywodzi się od rzymskich i greckich płaszczów, których używano w podróży, dla ochrony przez zimnem i deszczem – często był ubierany przez tych, którzy przychodzili do cyrku, gdzie byli narażeni na złe warunki pogodowe. Wtedy też miał on formę koła i wkładało się go przez głowę. Często posiadał kaptur zwany cucullus. Tertulian pisał, że kształt ten został przyjęty od Lacedemończyków. Pierwotną formą ornatu była też toga używana przez bogaczy i dostojników, jednak twierdzi się, że nie miała ona wpływu na krój ornatu przyswojonego przez chrześcijan. Z biegiem czasu te pierwotne formy ornatu znikły w życiu cywilnym, a ostały się w liturgii chrześcijan. W pierwszych wiekach ornat był używany podczas sprawowania wszelkich czynności liturgicznych, w ciągu wieków stał się szatą używaną jedynie podczas Mszy świętej (XII wiek). Na przełomie X i XI wieku miała miejsce pierwsza modyfikacja ornatu - skrócono jego przednią część i szerokość. W muzeum diecezjalnym w Moguncji ornat św. biskupa Willigisa pochodzący z tamtego okresu (X/XI w.) jest długi na 157 cm z przodu i 115 cm z tyłu. Natomiast między wiekiem XII a XIII najczęściej spotykane były ornaty przypominające swoją formą dzwon (szerokie i jednakowo długie z obydwu stron). Jako że w swojej pierwotnej formie ornat był dość niepraktyczny (krępował ruchu, szczególnie rąk) zaczęto go skracać. Proces ten rozpoczął się w XIII w., a zakończył się w wieku XVII, kiedy to całkowicie wykształciła się forma rzymska (choć wizytacje krakowskie z 1599 roku podają wiadomość o „już ostatecznie zreformowanym ornacie rzymskim”). W międzyczasie pojawiły się ornaty gotyckie - początkowo były one w długie i szerokie, tworzone z lekkiego materiału, jednak gdy zaczęto szyć je z cięższych i bogatszych materiałów rozpoczął się proces skracania boków. Początkowo stworzone wycięcie sięgało jedynie łokci, z biegiem czasu dosięgło ramion (wtedy też skrócono przednią i tylną część ornatu wyrównując je do linii prostej). Równocześnie ornaty posiadały coraz bardziej rozbudowaną ornamentykę. I tak dawne ornaty nie posiadały żadnych ozdób, lub był to zwykły pas (tzw. preteksta – występuje do dziś), a dopiero po upływie pierwszego tysiąclecia, szczególnie na zachodzie, zaczęto stosować coraz to cięższe i wyszukane tkaniny, które przyozdabiano złoconymi haftami. Wiele ornatów powstałych w okresie potrydenckim stało się dziełami sztuki. Najczęściej wyszywano na plecach znak krzyża. Warto odnotować, że w pewnym okresie zdobiono również alby i humerały. W albach hafty stosowano głównie na zakończeniach rękawów i dolnych jej skrajach, natomiast w humerałach naszywano prostokątne kawałki materiału, w ten sposób, że tworzyły one jakby kołnierz dokoła szyi kapłana, co było ozdobnym zakończeniem górnego otworu ornaty. Naszycia te zwały się purarami i często ozdobnością niczym nie ustępowały ornamentyce ornatu. Zasadniczo parury wyszywano z tego samego materiału, którego używano przy ornacie. Te ozdobienia zanikają po Soborze Trydenckim. Sobór Watykański II przyniósł z sobą przywrócenie dawnych form ornatu (paenuli i casuli).


Sławny wawelski ornat (gotycki) ufundowany
przez Piotra Kmitę, który przedstawia sceny
z życia patrona Polski - św. Stanisława


Symbolika

Ornat jest symbolem ofiary krzyżowej Chrystusa, jak i ciężaru służby Bożej spełnianej przez kapłana, jako robotnika w winnicy Pańskiej. W liturgii święceń kapłańskich teksty odnoszą ornat do symbolu miłości Bożej przykrywającej wszelki grzech (por. 1 P 4, 8). Ornat spoczywa na plecach, co nawiązuje do przytłaczającego ciężaru (szczególnie, gdy ornat jest bogato zdobiony) wyrażonego w słowach modlitwy odmawiana przy jego zakładaniu jako „słodkie jarzmo Pańskie” (por. Mt 11, 30) - symbolem tego jarzma był średniowieczny krzyż widlasty - które kapłan dobrowolnie podejmuje się dźwigać. Kapłan ubrany w ornat jest też namiestnikiem Chrystusa, co często obrazuje krzyż zdobiący "plecy" tej szaty. Amalary z Metzu pisał o ornacie jako symbolu dobrych uczynków ciała (opera corporsis pia), głodu (fames), pragnienia (sitis), czuwaniu (vigiliae), ubóstwa (nuditas). Rupert z Deutz wskazuje natomiast na ornat – odzienie Chrystusa, czyli Kościół. Niektórzy wskazują, że ornat jest symbolem doskonałości.

Modlitwy i użycie

Ornat powszechnie używany jest w liturgii od około IV - V wieku (Tertulian wspomina, że paenuli używali chrześcijanie już w wieku III) - początkowo przy wszystkich czynnościach kapłańskich. Co ciekawe diakoni również nosili dawniej ornat, co potwierdza Pseudo German, który pisał, że w Rzymie nosili ornat wszyscy duchowni pełniący jakiekolwiek funkcje liturgiczne (stan ten trwał do IX w.), podczas gdy w Galii zarezerwowany był tylko dla biskupów i prezbiterów. Dopiero w IV wieku pochodząca z Dalmacji dalmatyka stała się strojem wyróżniającym diakonów rzymskich - do dziś jest używana przez diakonów, biskupów i papieża. Od XII wieku ornat jest używany tylko podczas Eucharystii – wtedy to zaczęto używać kapy podczas innych liturgicznych czynności. Obecnie ornatu używa się zasadniczo przy sprawowaniu Mszy świętej (istnieją pewne wyjątki, np. w liturgii zreformowanej po II Soborze Watykańskim kapłan nie ma obowiązku przebierać się w kapę, gdy po Mszy świętej następuje inna akcja liturgiczna, którą najczęściej jest wystawienie i adoracja Najświętszego Sakramentu). Modlitwa, która odmawia się przy nakładaniu ornatu jest następująca: Dómine, qui dixísti: Jugum meum suáve est et onus meum leve: fac, ut istud portáre sic váleam, quod cónsequar tuam grátiam. Amen („Panie, który powiedziałeś: "Jarzmo moje jest słodkie, a ciężar lekki", daj ażebym mógł je tak dźwigać żeby zasłużyć na łaskę Twoją. Amen”). W obrządku syryjsko – chaldejskim ta modlitwa jest używana przy zakładaniu stuły, natomiast rzymska modlitwa odmawiana przez kapłanów przy zakładaniu stuły jest w tym obrządku odmawiana, gdy zakłada się ornat.

Rodzaje

W ciągu wieków istnienia liturgii wykształciło się wiele form i krojów ornatu, często charakterystycznych dla danych społeczności, czy wspólnot. Wyróżniamy następujące formy: a) rzymska; b) francuska; c) belgijsko – niemiecka; d) hiszpańska; e) brazylijska; f) św. Karola Boromeusza; g) antyczna duża i mała zwykła; h) antyczna duża i mała św. Andrzeja; i) św. Filipa z Nerii. Funkcjonują również określenia takie jak „ornat gotycki”, „ornat rzymski”, „ornat prosty”, „ornat posoborowy”, „ornat skrzypcowy”. Można napisać, że za każdym z tych określeń kryje się pewien etap rozwoju i myśli sakralnej jaką niewątpliwie była i jest sztuka wyszywania (tworzenia) szat liturgicznych. Oczywiście wymienione są tutaj jedynie te rodzaje ornatów, które są najbardziej powszechne.

Tablica z Dictionnaire des Arts Liturgiques du XIX-XX siecle
przedstawiająca kroje ornatów i stuł

"Tablica porównawcza krojów ornatów wszystkich wieków,
wyjęta z Fleury'ego" (256 strona "Wykładu Liturgji")


Wyczerpujący wykład o historii ornatu spisał bł. abp Antoni Julian Nowowiejski w II tomie swojego "Wykładu Liturgji Kościoła Katolickiego". Możemy tam znaleźć wiele ciekawostek historycznych oraz rysunków. Błogosławiony opisuje wiele różnych ornatów z wielu zakątków świata.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Bł. kard. Schuster: Liturgia a pobożność prywatna (cz. 2)

Poniżej zamieszczamy drugi fragment dziewięciotomowego dzieła pt. Liber sacramentorum. Note storiche liturgiche sul messale romano. (Pierwsza część ukazała się kilka dni temu). Jego autorem jest bł. kard. Alfred Ildefons Schuster OSB (1880–1954), opat benedyktynów przy bazylice św. Pawła za murami w Rzymie, a od 1929 r. arcybiskup Mediolanu, beatyfikowany 12 maja 1996 r. przez Jana Pawła II. Tekst w tłumaczeniu ks. Jana Korzonkiewicza ukazał się w 1931 r. w piśmie Mysterium Christi.

Po otwarciu trumny kard. Schustera w 1984 r. okazało się, że jego ciało zachowało się w doskonałym stanie.

Mimo, iż począwszy od późnego średniowiecza we Mszale i w Brewiarzu odróżnia się dwie części, czyli: Proprium de Tempore i Proprium Sanctorum, to podział ten nie powinien jednak rozrywać cudownej jedności w roku kościelnym; w istocie swej jest i pozostaje on chrystocentrycznym: „Koniec Zakonu jest Chrystus” (Filip. 2, 5). Jak w dawnych bazylikach wyobrażenia dziejów ewangelicznych na ścianach bocznych wiodły nam duszę ku triumfującemu Chrystusowi Królowi na złocistym tronie w środku apsydy, tak też i Proprium de Tempore, począwszy od Adwentu i Bożego Narodzenia, przez Epifanię, czas postu i pasji, następnie pięćdziesięciodniowy obchód zmartwychwstania Pańskiego aż do Wniebowstąpienia Pańskiego i Zielone Święta, prowadzi nas przez tajemnice Chrystusowe. Nauczanie to jest gruntowne i naprawdę pedagogiczne, bo nie tylko przybliża nas do Chrystusa, lecz w długich ćwiczeniach duchownych czyni nas podobnymi jemu: „To samo winniście mieć usposobienie, co Chrystus Jezus”.
Rozważanie życia Jezusowego wypełnia cały rok kościelny. Wierni mają nie tylko pobieżne rzucić spojrzenie na tajemnice Boże, lecz winni je brać w siebie przez ustawiczne akty i ćwiczenia pobożności, przekształcić je w sobie i tak żyć życiem Chrystusa.
Żeby zaś liturgia osiągnęła swój wzniosły cel, ma ona według życzenia Kościoła być poniekąd przeszkoleniem całego człowieka, a nie tylko modlitwą. Musi ona człowieka wyuczyć i wychować; dlatego ma swoje przepisy i ćwiczenia jak każda inna szkoła.
Kiedy Pius X na nowo porządkował kalendarz całego Kościoła i przy tym zniósł cały szereg uroczystości ku czci Świętych, to przyświecał mu przy tym ten cel, żeby staremu Proprium de Tempore przywrócić dawne należne mu znaczenie i jedność od Adwentu aż do ostatniej niedzieli po Świątkach. Piękność roku kościelnego leży w nienaruszonej całości i ciągłości jego Proprium de Tempore, to jest w jego poszczególnych okresach świątecznych, których nie powinno się zanadto często przerywać albo zgoła zaduszać przez Proprium Sanctorum, bo ono nie posiada żadnej ciągłości, lecz każde święto jest dla siebie samego i nie pozostaje w żadnym związku z innymi świętami. W ostatnich stuleciach Proprium Sanctorum opanowało rok kościelny, a jego niezliczone święta zamazały klasyczne linie tamtej części, czyli Proprium de Tempore, tego wspaniałego utworu ducha Ojców.
Uroczystości ku czci Świętych istniały od najdawniejszych czasów, ale ponieważ między nimi nie zachodził żaden wewnętrzny związek, przeto Kościół w złotym wieku liturgii używał ich jedynie po to, żeby niemi na kształt klejnotów ozdobić swoje Proprium de Tempore, czynił to jednak dyskretnie i ze smakiem, podobnie jak artyści w starochrześcijańskich bazylikach; dla podkreślenia obrazu Chrystusa w apsydzie lubili oni umieszczać u jego stóp męczenników, którzy Panu Jezusowi podawali swoje palmy i wieńce. Tak się też ma mieć sprawa Proprium Sanctorum w brewiarzu i w mszale. Nie powinno ono ani niweczyć ani osłabiać wrażenia i działania Proprium de Tempore, lecz powinno być jego ozdobą, dodawać mu piękności i urozmaicenia. Od czasu do czasu powinno ono przerywać monotonię i na dobrze wybranych przykładach z życia Świętych wykazywać, jak misterium Chrystusa powinno być przeżywane przez wiernych i urzeczywistniane.
Dni poświęconych Świętym nie powinno być za wiele, a w każdym razie należy je dobrze rozmieścić, żeby Proprium de Tempore pozostało wedle możności nienaruszone i zachowało swoją pierwotną piękność. Przystajmyż i my także na wzniosłą myśl Kościoła, wyrażoną w ostatniej reformie brewiarza. Stolica święta, w myśl zasad Piusa V i Benedykta XIV, z cudownym taktem przystąpiła do tego, żeby rokowi kościelnemu przywrócić znowu piękną pierwotną linię, i tu i ówdzie odrzuciła późniejsze do niej dodatki. Było to dzieło trudne, bo chodziło o świętą budowlę, do której każda epoka dorzuciła to i owo podług własnego gustu. A jednak Pius X przeprowadził tę reformę, według stałych zasad, ale też i z wielką dyskrecją. Dzieło to jeszcze nie jest ukończone, bo to nie łatwa rzecz, usunąć przy starej budowli dobudówki, zasłaniające pierwotne linie. Reforma należy wyłącznie do Kościoła, ale i my możemy się przyczynić do lepszego jej zrozumienia, szerząc wiadomości o zamiarach naczelnej władzy kościelnej. Nie potrzebujemy wcale raczyć wiernych wysokimi naukami o starożytności chrześcijańskiej, ale prowadźmy ich do źródeł pobożności katolickiej, odciągajmy ich od nabożeństw subiektywnych i wychowujmy do wspólnej służby Bożej, do chwalenia Pana Boga razem z całym Kościołem.
Jak mamy być na Mszy św. i przyjmować Komunię św., żeby wynieść jak najwięcej pożytku dla dusz naszych? Nie wiem, czy można na to pytanie dać odpowiedź lepszą nad tę: Idźmy za rokiem kościelnym; on nas prowadzi do Pana Jezusa w Najśw. Sakramencie, bo Pan Jezus w Ofierze ołtarza i krzyża jest spełnieniem naszej wiary, nadziei naszej i naszej miłości.
Ofiara i Komunia w każdym okresie roku kościelnego przybiera swoisty charakter. Dzięki temu wnoszą one do pobożności ludu wielkie urozmaicenie i podsycają wciąż na nowo również i pobożność prywatną. I tak w Adwencie dzięki obietnicom, danym od Boga pierwszym rodzicom, Abrahamowi i Dawidowi, ludzkość czuje się pewną Chrystusa. „Ten był potomkiem Abrahama..., Abraham pochodzi od Adama” (Łuk 3, 38). Radość z obietnicy przyszłego Odkupiciela jeszcze jest przytłumiona przez nawoływanie św. Jana do pokuty, który chce Panu przygotować drogę przez nawrócenie serc. Ale te wydarzenia nie powinny być li tylko wspomnieniami historycznymi. Nie! Przeciwnie: Ten, który przyszedł na ten świat, kiedy Quirinus przeprowadzał spis ludności, musi się na nowo zrodzić w sercach ludu wiernego przez łaskę; musi się jeszcze zjawić przed wielu narodami, które podobnie jak Izrael oczekują jego przyjścia, ale podobnie jak Izrael mają oczy obciążone jeszcze sennością.
Serce chrześcijanina nie powinno być grobem Chrystusowym, w którymby Pan Jezus miał leżeć bez życia i zesztywniały. Jezus chce „przez wiarę mieszkać w sercach naszych” (Ef. 3, 17). Chce on rosnąć, żyć i sprawować „tajemnicę” odkupienia ludzkiego, której szczyt jest na Krzyżu.
Trucizna grzechu w raju pozostawiła w duszy zarzewie grzesznej pożądliwości. Odkupienie rodzaju ludzkiego zaczyna się tedy postem czterdziestodniowym, w którym nieuporządkowane namiętności mają być ujarzmione, a duch przygotowany na słowo żywota wiecznego. Niegdyś słowo to niewiernych synów Abrahama napełniło bojaźnią, tak, że odezwali się do Mojżesza: „Ty mów do nas, a będziemy słuchać, Pan zaś niechaj nie mówi do nas, abyśmy nie poumierali” (Ex. 20, 19).
Czas wielkopostny jest niejako szkołą rekrutów — obraz ten pochodzi z Pisma św. — są to wielkie rekolekcje całego Kościoła, jest to czas drogi oczyszczenia. Post i umartwienie mają nas oczyścić i gwoździami pokuty cielesnej przybić do krzyża Chrystusowego. Nauki, których nam Kościół w poście udziela więcej aniżeli kiedy indziej, mają duszę oswoić z prawdami wiecznymi, i umocnić na nowo ducha, osłabionego przez grzech pierworodny.
Czas wielkiego postu prowadzi nas na Kalwarię. Aby dostąpić zasług odkupienia, musimy się złączyć z Ukrzyżowanym, musimy przeżyć na sobie jego mękę — Kościół śpiewa: fac, ut portem Christi mortem (Sekwencja w święta Siedmiu Boleści Matki Bożej.) — i przez osobiste współdziałanie, jak mówi św. Paweł, dopełnić tego, czego jeszcze nie dostaje męce Chrystusowej (Kol. 1, 24.).
Po poście przychodzi Wielkanoc. Jeżeli umarliśmy grzechowi i uczynkom szatana, wówczas z Chrystusem powstajemy na nowo, do nowego życia, całkowicie boskiego. „Żyjąc, żyje Bogu” (Rzym. 6, 10.). Wielkanoc w życiu chrześcijan już nie ma charakteru wyrzeczenia i pokuty, lecz zawiera pozytywizm bogactwa. „Jeżeliście zmartwychwstali z Chrystusem, tego co wzwyż jest szukajcie, gdzie Chrystus siedzi po prawicy Bożej. Co w górze jest, miłujcie, nie co na ziemi” (Kol. 3, 3). Zrobiliśmy zaiste korzystną zamianę. Dziczek został odcięty od szczepu, co rósł na twardej skale, i wszczepiony do wiecznie zieleniejącego drzewa umierającego Chrystusa, aby „żył jego życiodajną śmiercią”.
Ofiara wielkanocna czyni zadość za przestępstwa ludzi i sprowadza na nowo ich pojednanie z Bogiem. Bóg dla Chrystusa przyjmuje nas znowu za syny i dopuszcza nas do poznawania swoich tajemnic i do dziedzictwa swych skarbów łaski.
Kiedyśmy w czasie wielkanocnym kroczyli przez via illuminativa, to czas Zielonych Świąt podobny jest do via unitiva. „A że jesteśmy synami, posłał Bóg od siebie Ducha Syna swego w serca nasze, który woła: Abba Ojcze”! Ten Duch Pocieszyciel i rzecznik naszej sprawy przed Panem jest owym Duchem, którego nam dał Ojciec jako rękojmię naszego synostwa Bożego i naszego dziedzictwa w niebie. Ponieważ duch ludzki zdoła wniknąć tylko do tajemnic serca ludzkiego, przeto Bóg dał nam jako swoim synom własnego Ducha, aby on nas wprowadził w całą prawdę.
W Zielone Święta dzieło odkupienia rodzaju ludzkiego stanęło u szczytu. Jezus z Duchem Świętym zamieszkał w sercu duszy miłującej Boga, więc też ona teraz zdolna jest chwalić Trójcę Przenajświętszą w duchu i prawdzie tak, jak sobie tego życzy Bóg Ojciec. Takie jest znaczenie uroczystości Trójcy świętej, która zamyka oktawę Zielonych Świąt, a rozpoczyna szereg niedziel po Zielonych Świętach. Jest to szereg długi, wypełniający blisko połowę roku kościelnego, i wyobraża dzieje Kościoła poprzez wieki. Dzieje te wzięły początek w pierwszy dzień Zielonych Świąt we Wieczerniku, a koniec ich będzie wtedy, gdy na końcu świata zjawi się Chrystus po raz drugi. Ten jest powód, dla którego Kościół czyta Ewangelię o końcu świata w pierwsze niedzielę Adwentu i w ostatnią niedzielę po Świątkach.
Budowa tych niedziel po Zielonych Świętych nie jest całkiem jednolita; są one żywym odzwierciedleniem Kościoła. Podobnie jak Kościół ustawicznie jest zwalczany od swoich wrogów, a jednak zawsze jest zwycięski, także liturgia niedziel poświątecznych błaga o ochronę przed wrogami Kościoła, a zarazem nuci pieśń zwycięstwa. Dostosowując się do słabości dzieci Ewinych, liturgia daje wyraz swemu bólowi z powodu grzechów dzieci i córek Kościoła, a równocześnie głosi całemu światu niepokalaną świętość Kościoła, której nie zdoła zaćmić żadna złość ludzka. W sposób iście przepiękny w liturgii, zwłaszcza w liturgii tych niedziel poświątecznych, przejawia się jedność, świętość, katolickość i apostolskość Kościoła. Słuchamy tutaj nauki książąt Kościoła, Piotra i Pawła, że gmach naszej wiary spoczywa na fundamencie proroków o apostołów. Tutaj też doznajemy pouczenia o jedności katolickiej, hierarchii, o obowiązkach, które mają wierni względem istniejących władz, o życiu społecznym wiernych w rodzime i społeczeństwie; tutaj dowiadujemy się o prześladowaniu Kościoła przez Nerona, o klęsce głodu w Palestynie i o składkach, zbieranych wśród Greków na rzecz głodnych braci w Palestynie. Dzieje pierwszych 20 lat tego, złotego okresu Kościoła zawierają obraz życia rodziny Chrystusowej, takiego, jakiem ono powinno było być w przyszłych wiekach.

niedziela, 21 grudnia 2008

Szczegóły papieskich celebracji w okresie Świąt

Włoska gazeta L'Avvenire zamieszcza w dzisiejszym wydaniu wypowiedź ks. Guido Mariniego, który uchyla rąbka tajemnicy na temat zbliżających się obchodów Świąt Narodzenia Pańskiego w Rzymie. W szczególności, ceremoniarz papieski zdradza, że w tym roku podczas błogosławieństwa Urbi et Orbi papież nie będzie ubrany, tak jak to miało miejsce ostatnio w kapę i mitrę lecz w mozzettę i stułę. "Uroczyste błogosławieństwo, nie wiąże się z żadnym szczegółowym obrzędem liturgicznym" - uzasadnia ks. Marini. Portal New Liturgical Movement przypomina, że taki właśnie ubiór miał na sobie papież Pius XII, gdy udzielał błogosławieństwa Urbi et Orbi na Wielkanoc w 1952 r.
Ks. Guido Marini zapewnia, że "wybór szat liturgicznych papieża dokonywany jest zawsze w poczuciu ciągłości i z zachowaniem zdrowej równowagi pomiędzy przeszłością, a współczesnością. Przyjęty styl wyrażać ma szlachetne poczucie piękna celebracji tajemnic Pana".
Podczas Mszy św. w Uroczystość Objawienia Pańskiego 6 stycznia, papież będzie miał na sobie ornat rzymski. Natomiast w Uroczystość Chrztu Pańskiego 11 stycznia - papież będzie celebrował Mszę św. w Kaplicy Sykstyńskiej, zwrócony przodem do krzyża na ołtarzu, który znajduje się przy jej ścianie, co sprawiać będzie wrażenie, że stoi tyłem do wiernych. Ceremoniarz papieski zwraca uwagę, że takie ustawienie jest konieczne, "aby zachować piękno i harmonię architektonicznego klejnotu", jakim jest Kaplica Sykstyńska, a jednocześnie podkreślić prawidłową orientację w celebracji eucharystycznej - w kierunku Krucyfiksu.

Introit z czwartej niedzieli Adwentu

Prezentujemy nagranie Introitu z czwartej niedzieli Adwentu w wykonaniu dominikanów z Oxfordu. Słowa do niego zostały zaczerpnięte z Iz 45, 8 i Ps 18, 2.

Rorate, caeli, desuper, et nubes pluant iustum: aperiatur terra, et germinet Salvatorem (Iz 45, 8). Caeli enarrant gloriam Dei: et opera manuum eius annuntiat firmamentum (Ps 18, 2).

"Spuśćcie rosę, niebiosa, z góry! Obłoki niech ześlą z deszczem Sprawiedliwego. Niech się otworzy ziemia i zrodzi Zbawiciela. Niebiosa opowiadają chwałę Boga i sklepienie niebieskie sławi dzieła rąk Jego".

Introit ten jest używany jako dowolna antyfona na wejście w zwyczajnej formie rytu rzymskiego, którą tworzy werset Iz 45, 8.



Tekst introitu wraz z zapisem neumatycznym

sobota, 20 grudnia 2008

Dzień Zaduszny może być obchodzony w niedzielę

Portal Roratae caeli przytacza odpowiedź z Komisji Ecclesia Dei, którą uzyskał pewien Włoch na pytanie w sprawie możliwości celebrowania Mszy św. Requiem z Dnia Zadusznego w niedzielę, jeśli wypada ona 2 listopada. Przypomnijmy, że taki właśnie układ mieliśmy w tym roku. Zgodnie z zasadami panującymi w kalendarzu liturgicznym w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, Dzień Zaduszny powinien zostać wówczas przeniesiony na poniedziałek 3 listopada.

Tymczasem w piśmie z dnia 22 września 2008 r. mons. Camille Perl, Wiceprzewodniczący Papieskiej Komisji Ecclesia Dei stwierdził, że celebracja Mszy św. Requiem może się odbyć w niedzielę. Oznacza to, że można nie przenosić Dnia Zadusznego na poniedziałek 3 listopada, gdy 2 listopada wypada w niedzielę.

piątek, 19 grudnia 2008

Ręcznie wykonane i ozdobione tablice ołtarzowe

Portal breviarium-romanum.blogspot.com umieścił ręcznie wykonane i ozdobione tablice ołtarzowe, które można pobrać i wykorzystać za darmo:

11cm x 18cm


11cm x 18cm


16cm x 20cm

Na wyżej podanym portalu znajdujemy również informację, że matka pewnego kapłana pracowała przez okres sześciu miesięcy, aby wykaligrafować i ozdobić te tablice ołtarzowe używane podczas Mszy świętej w nadzwyczajnej formie sprawowanej przez jej syna. Chce ona, aby kopie tych tablic były dostępne dla każdego kapłana. Ci, którzy wyrażą taką chęć mogą udzielić darowizny w wysokości 30 Euro, którą należy słać pod adres: o. Javier del Castillo, 10400 Seven Locks Road, Potomac, MD 20804. Datek będzie wsparciem dla katolickiej rodziny z pięciorgiem dzieci żyjącej ze skromnych dochodów.

Jutro 80 rocznica konstytucji apostolskiej Piusa XI "Divini Cultus"

80 lat temu, 20 grudnia 1928 roku papież Pius XI, w pięćdziesiątą rocznicę swojego kapłaństwa, podpisał konstytucję apostolską Divini Cultus„o coraz gorliwszym popieraniu liturgii, śpiewu gregoriańskiego i muzyki kościelnej”.

Pius XI podczas pracy w swoim biurze
(na biurku umieszczony jest wizerunek
Matki Bożej Częstochowskiej)


Konstytucja zawiera wstęp oraz 11 artykułów, w których papież wyraża swoją ogromną troskę o wychowanie liturgiczne zarówno kapłanów, jak i wiernych. Możemy w niej przeczytać: "Niech więc w seminariach i innych uczelniach odbywa się celem urobienia obojga kleru krótkie, ale częste, niemal codzienne zajęcie i ćwiczenie się w śpiewie gregoriańskim i muzyce świętej; jeśli wykonywać się je będzie w duchu liturgicznym, przyniesie umysłom alumnów po naukach poważniejszych raczej wypoczynek, niż znużenie" (II). Pius XI w swojej pieczy o to wychowanie nie pomija ważnej sprawy, jaką jest nauka od najmłodszych lat: "Już od pierwszej młodości wpajać śpiew gregoriański i muzykę św. z tego powodu, że wtedy łatwiej nauczą się modulacji i tonów, a niedomagania głosu, jeśli im może podlegają, usunąć albo przynajmniej naprawić mogą; później w latach dojrzalszych nie zdołają ich już wytoczyć" (I) i w innym miejscu: "Szkoły chłopców powstać powinny nie tylko przy większych świątyniach, i katedrach, ale także przy mniejszych i parafialnych kościołach" (VI).

Pius XI wskazuje również na ponadczasową wartość chorału gregoriańskiego jako śpiewu liturgicznego Kościoła. Dostrzega przy tym niezastąpioną rolę chórów wykonujących chorał, jak i wszystkich, którzy własnym głosem włączają się w jego śpiew. W konstytucji możemy znaleźć takie słowa: "Kościół żadną miarą nie może śpiewu z towarzyszeniem instrumentów uważać jako doskonalszej i czynnościom świętym odpowiedniejszej formy muzycznej, wypada bowiem, żeby więcej niż instrument, głos rozlegał się w świątyniach: głos kleru, śpiewaków i ludu. Nie należy jednakże mniemać, że Kościół powstrzymuje rozwój muzyki, stawiając ludzki głos ponad jakikolwiek instrument, chociażby przedni i doskonały nie zdoła w wyrażeniu uczuć wewnętrznych przewyższyć głosu ludzkiego, zwłaszcza w owych chwilach, kiedy dusza posługuje się nim, by modły i uwielbienia wznieść do wszechmocnego Boga" (VII).

Pius XI uznaje chorał gregoriański wraz z muzyką polifoniczną za podstawowy repertuar muzyki liturgicznej Kościoła Katolickiego. Konstytucja Divini Cultus, wraz z wcześniejszym motu proprio Inter pastoralis officii sollicitudines Piusa X z 1903 roku i późniejszymi encyklikami Piusa XII Mediator Dei (1947) oraz Musicae sacrae disciplina (1955) ustalają i kodyfikują reguły śpiewu i muzyki liturgicznej.

Papież Pius XI z wielkim uznaniem pisze o czynnym zaangażowaniu wiernych w śpiew gregoriański, podkreślając zachwyt i wzruszenie jakie towarzyszy człowiekowi, który słucha takiego śpiewu. Czytamy: "Potrzeba nader wielka, aby wierni, nie jako obcy, i nim widzowie, lecz przejęci na wskroś pięknością liturgii, taki brali udział w świętych obrzędach - również i w uroczystych pochodach albo tak zwanych procesjach z ugrupowaniem kleru i stowarzyszeń - żeby naprzemian wedle ustalonych przepisów głos swój po głosach kapłanów albo szkoły podnosili. Jeśli się to pomyślnie rozwinie, nie zajdzie ta anomalia, żeby lud albo wcale, albo słabym jakimś i przyciszonym pomrukiem zaledwie odpowiadał podczas wspólnych modłów odławianych w języku liturgicznym albo ojczystym" (IX).

Dla wszystkich zachętą podjęcia się trudu nauki śpiewu gregoriańskiego może być następujący fragment konstytucji: "Jeśli się to [śpiew gregoriański] zamienicie wykona, wtedy wszyscy, należycie śpiewając, okazują nie tylko w przedziwny sposób jedność umysłów swoich w uwielbianiu Boga, ale w współzawodnictwie dwóch chórów naśladują niejako ów śpiew chwalebny Serafinów, odzywających się jeden do drugiego: "Święty, Święty, Święty"" (III). Śpiew chorału gregoriańskiego pozwala wejść w świat niebiańskiej liturgii, w której aniołowie nieustannie wielbią Boga.

Opisywany dokument był oficjalnym dokumentem Kościoła, który wpisał się w Ruch Liturgiczny szeroko rozwijający się w Europie, a zapoczątkowany we Francji przez o. P. Guérangera w opactwie benedyktyńskim św. Piotra w Solesmes. Znalazła ona swoje odbicie w licznych działaniach na rzecz umożliwienia wiernym jak najbardziej owocnego uczestnictwa w Mszy świętej, szczególnie poprzez zaangażowanie w śpiew liturgiczny. Dla Ruchu Liturgicznego w Polsce konstytucja ta miała tym większe znaczenie, gdyż od 1925 roku wydawane było czasopismo Hosanna podejmujące tematykę śpiewu gregoriańskiego, a od 1929 r. miesięcznik Mysterium Christi.

Ks. Robert Mäder w roku 1938 w swojej książce „Z powrotem do Mszy świętej” pisał o Piusie XI i jego konstytucji Divini Cultus:

„W głównych zarysach pontyfikatu Piusowego brakowałoby czegoś, gdyby był nie napisał na 50-lecie swojego kapłaństwa konstytucji apostolskiej: Divini cultus. Jest to opatrznościowe i niezmiernie odpowiadające naszym czasom rozporządzenie, co do liturgii i śpiewu kościelnego”.

Konstytucja, której 80 rocznicę podpisania będziemy jutro obchodzić, jest aktualna również dzisiaj, po ogłoszeniu motu proprio Summorum Pontificum przez Benedykta XVI. Tematyka upowszechniania wiedzy o liturgii i śpiewie gregoriańskim staje się tym bardziej istotna, mając na uwadze coraz częstszą obecność w kościołach nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego.

czwartek, 18 grudnia 2008

Ku Duszpasterstwu Tradycji Łacińskiej

Poniżej zamieszczam mój artykuł, który ukazał się na wiosnę 2007 r. w kwartalniku Pro Fide Rege et Lege nr 1/2007 (57). Było to jeszcze przed opublikowaniem Summorum Pontificum i przed rozpoczęciem pracy w Polsce pierwszego księdza z Instytutu Dobrego Pasterza. Mimo, że część myśli zawartych w tym artykule z pewnością się zdezaktualizowała, sądzę że wiele nadal zachowuje aktualność. Dotyczy to zwłaszcza szeregu dobrych rad, popartych przykładami, jakimi drogami zmierzać do zorganizowania w swojej miejscowości regularnej celebracji Mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego.

W ostatnich dniach temat Mszy św. „trydenckiej” niebywale często gościł na łamach różnego rodzaju prasy. Poruszany bywał w związku z przeciekami o przygotowywanym dokumencie papieskim, w którym Ojciec Święty miałby zezwolić na jej szerokie i dowolne celebrowanie. Niezależnie jednak od tego, co w rzeczywistości zmieni ów akt, jedno jest pewne: z dnia na dzień nie wydarzy się nic, jeżeli słowa papieża nie zostaną przekształcone w czyn, przez tych, którym najbardziej zależy na jego treści. Niezależnie też od tego, czy ów dokument rzeczywiście by się ukazał, sam szum jaki wytworzył się wokół Mszy św. spełnił bardzo pozytywną rolę. Dzięki niemu wiele osób pierwszy raz w życiu dowiedziało się, że taka Msza kiedyś w ogóle istniała i ma nadal uprawnione miejsce w liturgii Kościoła. Z pewnością zmusił on też wiele osób do zainteresowania się historią liturgii albo wzbudził potrzebę uczestnictwa w tej jedynej Mszy św., którą Kościół uznawał jako swoją niemalże od czasów apostolskich.
Na fali wytworzonego poruszenia, które trwa od ponad półtora roku, w coraz to nowych miastach uaktywniają się grupy osób, które już wystąpiły lub dopiero zamierzają wystąpić do swojego biskupa ordynariusza o umożliwienie im regularnego uczestnictwa w Mszach św. sprawowanych w klasycznym rycie rzymskim. Trudno już zliczyć te miasta, w których nie żyłoby chociażby kilka osób, powodowanych tą niezrozumiałą w dzisiejszych czasach dla wielu potrzebą. Niestety, mieszkańcy zaledwie tylko kilku z nich mogą cieszyć się możliwością cotygodniowego uczestnictwa we Mszy św. Wszechczasów. Osoby zamieszkałe w pozostałych ośrodkach stale czekają na odmianę swojego losu.
Przykro to stwierdzić, ale pomimo, zdawałoby się jedności celów, miedzy tymi wieloma miastami nie została do tej pory zadzierzgnięta żadna więź. Brakuje jakichkolwiek kontaktów oraz wymiany doświadczeń. W dzisiejszej sytuacji, którą z łatwością można zaobserwować jak Polska długa i szeroka, dążenia wszystkich środowisk tradycyjnych w Polsce wydają się być skierowane jedynie na zapewnienie sobie dostępu do przeżywania Sakramentu Eucharystii w tradycyjnym rycie. Po uzyskaniu możliwości pielęgnowania tego reglamentowanego „towaru” w zaciszu ściśle oznaczonej kaplicy lub kościółka, z reguły inicjatywa takiej grupy zupełnie cichnie. Środowisko zamyka się na cały świat, dąży jedynie do upiększenia oprawy organizowanej przez siebie mszy i stosuje w wysoce ostrożny sposób propagandę szeptaną w celu powiększenia swojego grona. Dzieje się tak może z jednej strony ze strachu przed robieniem zbytniego rozgłosu, a może – i to warto sobie uświadomić – z powodu zupełnego braku wizji długofalowej działalności zmierzającej do odrodzenia i upowszechnienia liturgii klasycznej. Jeżeli jednak sprawa, w którą się wierzy, podbudowana jest jakimś słusznym żądaniem, nieporozumieniem byłoby nie pragnąć, aby z jej ostatecznego triumfu cieszyło się jak najwięcej ludzi.

Kontrrewolucja nie może być odwrotnością rewolucji. Każdy konserwatysta doskonale zna zasadę, którą kiedyś sformułował hrabia De Maistre. To uniwersalne prawo dziejowe powinno znaleźć zastosowanie zarówno w polityce państwowej jak i w obszarze religii. W życiu duchowym, wielcy mistrzowie od zawsze uczyli, że droga do doskonałości wiedzie poprzez powolny i ustawiczny rozwój, a nie nagłe i radykalne działania. Jeśli prawo to zastosujemy na polu pracy o prawdziwą odnowę Kościoła i przywrócenie należnego w nim miejsca liturgii klasycznej, oczom naszym ukaże się właściwa droga, która zaprowadzić nas może do zamierzonego celu.
O należne miejsce rytu rzymskiego w Kościele trzeba upominać się w takim zakresie i w taki sposób, w jaki jest to rzeczywiście możliwe w aktualnych warunkach i o ile pozostaje w zasięgu działania osób podejmujących się tego trudu. Należy tak działać, aby poprzez nierozsądne zachowanie nie zrazić innych osób do inicjatywy, którą firmuje się własną osobą. Przede wszystkim nie można doszukiwać się z góry złych intencji we wszystkich, którzy nie są jawnymi entuzjastami tradycyjnych form liturgicznych. Dla każdego, kto nie jest oderwany od rzeczywistości i chociaż trochę orientuje się w tym, o czym naucza się i rozmawia w seminariach, czym żyją dzisiejsi księża, jasne jest, że większość z nich po prostu nie ma pojęcia o historii katolickiej liturgii. Nie można więc od razu zakładać, że jej propagowanie musi łączyć się z walką z ludźmi celowo uprzedzonymi. Prawdziwe zadanie dla „tradycjonalistów” polega raczej na pracy edukacyjnej, na sumiennym, uczciwym i cierpliwym odkrywaniu Tradycji Kościoła i jego liturgii, w sposób wysoce wrażliwy i przemyślany, aby nikogo do niej nie zrazić. O klastycznym rycie Mszy św. ludzie muszą się przede wszystkim dowiedzieć. Walkę trzeba wydać panującej w tej kwestii niezawinionej powszechnej niewiedzy i fałszywym skojarzeniom, każącym identyfikować go wyłącznie z ruchami uznanymi w powszechnym mniemaniu za schizmatyckie, a tym samym z miejsca wywołującymi negatywne reakcje. Ludzka natura ma to do siebie, że o wartości głoszonych przez kogoś poglądów, decyduje w znacznej mierze sposób życia tego, kto te poglądy głosi. Poglądy nie poparte świadectwem życia są dla większości osób fałszywe, tak jak fałszywe jest życie tych, którzy co innego mówią, a co innego czynią.

Często środowiska walczące o Mszę św., zranione wieloma upokorzeniami, zniechęcone trudnościami i wieloletnią bezowocną walką, nabierają swoistego dystansu do współczesnego Kościoła. Ich walka zmierza tylko do jednego – do indultu. Do jednorazowej zgody biskupa miejsca, zezwalającej na celebrację Mszy. Pewien absurd takiej sytuacji, w której istnieje konieczność otrzymania specjalnego indultu na coś ,co nigdy nie zostało zakazane, wytwarza w tych grupach poczucie swoistego odrzucenia. Osoby dążące do indultu nabywają w czasie swej trudnej pracy przeświadczenia, że są w swoim Kościele członkami drugiej kategorii. Kościół ich nie rozumie, w pewnym sensie ich zdradza, samemu odrzucając swoją liturgiczną tradycję. Przy tym udziela jeszcze specjalnych względów różnym posoborowym wspólnotom, które propagując nową duchowość, dodatkowo wzmacniają wewnątrz niego trend odchodzenia od zwyczajów uświęconych przez setki lat. Indult w takiej sytuacji staje się niejako symbolem walki – nie chcemy być kolejną wspólnotą w szeregu, nie chcemy niczego więcej od Kościoła, który nas nie rozumie, chcemy tylko zezwolenia, aby koczować gdzieś na jego obrzeżach, aby czuwać na tę chwilę, gdy być może przebudzi się i zwróci do nas o przekazanie tego światła Tradycji, które przechowywaliśmy skrupulatnie w czasach, gdy jego owładnęły mroki.
Każdy rozsądnie myślący człowiek musi prędzej czy później stwierdzić, że sytuacja w której środowiska tradycyjne stawiają się niejako w opozycji do Kościoła, występując z niepomiernie mniej znaczącej pozycji, pragnąc dyktować swoje warunki i niemal żądać nawrócenia całego Kościoła, staje się niedorzeczna.
Postawienie sprawy "wszystko albo nic" równa się w efekcie samobójstwu. To nic innego jak skazanie się na wegetację na skraju życia kościelnego. To zgoda, aby tolerowano nas nie próbując zrozumieć, aby tolerowano nas jedynie w celu łatwiejszego wysegregowania i powolnego wyeliminowania. Bardziej logiczną konsekwencją takiego podejścia byłoby raczej jawne opowiedzenie się za sedewakantyzmem. Jeżeli zaś - mimo wszystko – czujemy się członkami Kościoła posoborowego, musimy respektować jego prawa. Dlatego od dawna jestem zwolennikiem obierania przez grupy indultowe takiej taktyki, aby zgodnie z posoborowym prawem, wypracować sobie jak największą wolność w diecezji. Jest w tym być może jakaś specyficzna, konserwatywna, stańczykowska, galicyjska nuta, może nie dla wszystkich zrozumiała. Jeżeli na dzień dzisiejszy nie możemy mieć pełni niepodległości, miejmy chociażby wolność, która umożliwi nam rozwój, aby gdy nadejdzie odpowiedni dzień, nie zastał nas nieprzygotowanych.

Warto zastanowić się więc, jakie są bliższe i dalsze cele, priorytety, kierunki działania środowisk tradycyjnych w Polsce? Gdy obserwuje się dyskusje i poczynania ich członków, daje się zauważyć zupełny brak jakiegokolwiek planu, szerokiej wizji działania, ustalonej taktyki, zwłaszcza na płaszczyźnie ogólnopolskiej. Nie twierdzę, że wszystkie pomyślane zamysły muszą mieć od razu walor wykonalności w danych warunkach. Trzeba mieć jednak zawsze pod ręką gotowy plan, aby - z jednej strony wytrwale do niego dążyć, a z drugiej - gdy nagle pojawią się sprzyjające okoliczności – nie zgłupieć i nie zmarnować szansy.
Od pewnego czasu słychać dyskusję o tym, czy środowiska wiernych pragnących uczestniczyć w Mszach św. w klasycznym rycie rzymskim mogą, bez zatracenia swojej tożsamości, zgodzić się na zalegalizowaną działalność w Kościele na zasadzie wydzielonego i zatwierdzonego ruchu. Nie ulega wątpliwości, że wraz z rozrostem i powstawaniem w wielu miastach nowych grup, trzeba będzie prędzej czy później uświadomić sobie, że nie da się inaczej działać aniżeli w sposób zgodny z prawem kościelnym. Są bowiem tylko dwie opcje - albo nielegalnie (a precyzyjniej: na krawędzi legalności), na zasadzie wyjątku, indultu, wiecznie w walce, nie wiadomo w gruncie rzeczy o co, albo w pełni legalnie - na zasadzie np. duszpasterstwa. Pierwsza opcja zawsze będzie przesądzać o marginalizacji ruchu. Druga jest zarazem pokusą, jak i wyzwaniem.
Wbrew obawom wielu osób i posądzeniom o zaszeregowanie ruchu tradycji wśród innych posoborowych wspólnot, nie można porównywać z nimi statusu prawnego duszpasterstwa. Oaza, odnowa, neokatechumenat są to wspólnoty, które rządzą się całkiem innym prawem. Duszpasterstwo zaś to luźny związek wiernych, połączonych pewnymi wspólnymi dążeniami, charakteryzujący się sporą wolnością działania w swoich ramach. Gdyby nawet w Kościele panował niepodzielnie ryt klasyczny, sądzę, że nie byłoby powodu, aby nie powstało akurat specjalne duszpasterstwo, którego "charyzmatem" byłoby szczególne propagowanie Tradycji, kultury i liturgii katolickiej.
Precedens w tej materii pojawił się z początkiem roku w Diecezji Rzeszowskiej. W dniu 3 stycznia 2007 r. mieliśmy okazję świętować powołanie pierwszego w Polsce, a kto wie czy nie w świecie, oficjalnego Duszpasterstwa Tradycji Łacińskiej. Ordynariusz Rzeszowski ks. biskup Kazimierz Górny, wydając dekret zatwierdzający jego regulamin, wskazał jednocześnie ks. dra Krzysztofa Tyburowskiego na pierwszego duszpasterza. Warto zauważyć, że od 2000 roku środowisko rzeszowskie działało w formie stowarzyszenia Una Voce Resovia, występując oficjalnie pod szyldem tej międzynarodowej organizacji.
Droga do powstania Duszpasterstwa nie była bynajmniej usłana różami. Wiodła przez cierpliwe i wytrwałe zaznaczanie swojej obecności w życiu Diecezji już od 1997 roku. Szczególną zasługę miał tutaj Sławomir Dronka, który jako pierwszy w Rzeszowie podejmował publicznie temat tradycyjnej liturgii, stworzył także jeden z pierwszych w Polsce tradycyjnych portali internetowych „Sal terrae”. Trzeba przyznać, że te działania często kończyły się sporym rozczarowaniem. Tamten okres wymagał podjęcia przez osoby zaangażowane w powstanie Duszpasterstwa wielu wyrzeczeń, a przede wszystkim pozostawienia na boku wygórowanych oczekiwań. Była to swoista „próba czasu”, której sens brzmiał następująco – „jeśli to jest Boże, to przetrwa”. Miesiąc po miesiącu, rok po roku, Rzeszowianie działali więc według wskazówek Ewangelisty "nastawaj w porę, nie w porę" (2 Tm 4,2), mając w pamięci jego naukę: "ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie" (Łk 18,5). Tym, co ugruntowywało ich miejsce w tutejszym Kościele było organizowanie nieregularnych Mszy św., zawsze za zgodą i w porozumieniu z kurią diecezjalną, odprawianych przez przyjeżdżających gościnnie księży z Bractwa Św. Piotra. Wydarzenia te stanowiły pretekst do dyskusji i autoprezentacji, stwarzały także okazje do wypracowania znajomości z miejscowym duchowieństwem, które przekonywało się, że zainteresowanie Mszą św. w rycie klasycznym nie musi łączyć się z odrzucaniem wszystkiego, co związane jest ze współczesnym Kościołem. Takie działanie z jednej strony pozwoliło wzbudzić wśród księży zaufanie do „tradycjonalistów”, a z drugiej pozwoliło im na oswojenie się z Mszą trydencką, która przestała kojarzyć się wyłącznie z oporem i przeszłością bez powrotu. Tak więc droga do powstania Duszpasterstwa w Rzeszowie, wybrukowana była nie groźbami odwołania do Komisji Eccesia Dei, nie nieufnością i roszczeniami domagającymi się uszanowania „słusznych żądań”, ale zaangażowaniem w życie swoich parafii, udziałem w pielgrzymkach (w czasie których zawsze jest dość dużo czasu na luźną dyskusję), obecnością w regionalnych organizacjach i prasie. Jakie efekty przyniosła taka taktyka, miejmy nadziej,ę że będzie nam dane poznać w niedalekiej przyszłości. Mimo obaw i ustawicznych przestróg nie powstał w Diecezji Rzeszowskiej żaden rezerwat, nie wysegregowano elementów wrogich i wichrzycielskich, aby łatwiej było je spacyfikować. Dana zaś została pewnej grupie osób niebywała szansa poparta zachętą i błogosławieństwem Biskupa. Msza św. otrzymała prawo powrotu do miejscowych kościołów; prawo, aby mówiono o niej jawnie na różnych spotkaniach, w seminarium, w szkołach, w salkach parafialnych, wśród młodzieży, osób starszych, księży i sióstr zakonnych. Msza św. w klasycznym rycie rzymskim znowu ma rację bytu! Wierzymy, że zrobiliśmy, co było można, aby przywrócić ją na nowo rzeszowskiemu Kościołowi i od nas zależy w dużym stopniu to, aby ona była regularnie, godnie i należycie celebrowana. Reszta to już sprawa Boża. Wszystko co robimy, nie czynimy przecież dla wrażeń estetycznych czy z przekory, lecz jedynie ad maiorem Dei gloriam. Przez Mszę św. Chrystus wylewa niezliczone zdroje łask, które owocują wśród wiernych przyjmujących je z czystym sercem. Z tej strony oczekujemy największej pomocy w rozszerzaniu i utwierdzeniu podejmowanego przez nas dzieła.
Chciałem zwrócić uwagę na sposób, w jaki nawet najmniejsze grupy działające w miastach, w których do tej pory nie było Mszy św. w klasycznym rycie, mogą zainaugurować lub rozwinąć swoją działalność. Z nieocenioną pomocą przychodzą w tych wypadkach kapłani z Bractwa Św. Piotra, którzy przebywają aktualnie w Krakowie. Jak wszyscy wiemy, nadal nie został oficjalnie zatwierdzony ich pobyt w naszym kraju. Ks. Wojciech Grygiel i ks. Andrzej Komorowski mają status studentów. Jest to oczywiście rozwiązanie czasowe i nie dające pewności na trwały pobyt w Polsce. Jednym z najważniejszych kryteriów, jakie brane są pod uwagę w przeróżnych "za i przeciw" Bractwu Św. Piotra w Polsce jest rzeczywiste zapotrzebowanie na posługę księży w naszej Ojczyźnie. Dlatego bardzo ważne jest dawanie im do zrozumienia, a także pośrednio "wszelkim innym czynnikom", że są potrzebni, że są zapraszani, że są niemalże rozchwytywani, że pracy dla nich jest bardzo dużo... Każde środowisko, któremu na sercu leży troska o powrót tradycyjnej liturgii powinno dążyć do nawiązania silniejszych więzi z księżmi z Bractwa oraz do utrzymywania z nimi stałych kontaktów. W miastach, gdzie nie ma księdza, który potrafiłby odprawiać „starą” Mszę lub w których w ogóle nie wydano zgody na indult, często zaproszenie księdza z Bractwa Św. Piotra, staje się jedynym pretekstem, aby Msza św. w klasycznym rycie mogła zagościć chociaż raz na jakiś czas.

To właśnie dzięki posłudze księży z Bractwa Św. Piotra rozwinął się w Rzeszowie ruch, który doprowadził do powołania Duszpasterstwa. Czy można traktować przykład rzeszowski w charakterze wzoru do naśladowania, ideału ku któremu powinny zmierzać pozostałe środowiska? Z pewnością jest to jedno z najbardziej konkretnych osiągnięć, jakie udało się wypracować przez którąkolwiek grupę działającą w Polsce. Innych przykładów jak na razie nie widać, nie widać też innych konkretnych pomysłów. Warto więc wykorzystać ten swoisty precedens. Być może jest to właśnie ten znak z Nieba, przez który wskazana jest najwłaściwsza droga. Jednak jeszcze raz trzeba zauważyć, że powołanie duszpasterstwa nie może być celem samym w sobie, wraz z którego osiągnięciem można będzie osiąść na laurach. Grupy zmierzające do tego celu powinny mieć świadomość, że jego powstanie będzie stanowiło dopiero początek, który stworzy pole do prowadzenia prawdziwej działalności. Powstanie duszpasterstwa powinno być więc raczej aktem legalizującym dotychczasowe działanie, do tej pory nieformalnie zorganizowanych środowisk.
Marzeniem, które mogę tylko nieśmiało wypowiedzieć, byłoby powstanie w Polsce ogólnokrajowego Duszpasterstwa Tradycji Łacińskiej, z wyznaczonym na jego czele ogólnopolskim duszpasterzem. Po ludzku patrząc, wydaje się że jest to raczej melodia bardzo dalekiej przyszłości. Jednak, kto wie, czy jeśli już teraz zaczniemy do niej dążyć, nie stanie się ona bardziej bliska, niż nasze ustawiczne wyczekiwania na to, że stanie się jakiś cud i ktoś inny, swoją bezpośrednią ingerencją zrobi wszystko za nas.